Niejednokrotnie o tym pisałem, opowiadałem w radiu o losach naszych współmieszkańców tu na Mazurach twierdząc, że są one szczególnie zawiłe. Pomimo ogólnie zbliżonych scenariuszy (dwie okupacje) ich indywidualne przeżycia są wprost nie wyobrażalne. I co jest bardzo istotne tak na prawdę o ludziach, którzy w jakimś stopniu poświęcili swoje życie, swój los na rzecz Kraju nie mówi się za dużo. Z tego też powodu po wielokroć staram się tę próżnię uzupełnić.
Odbywa się to w różnej formie m.in. wydałem kilkanaście zeszytów historyczno-pamiętnikarskich, okazjonalnych audycji lub reportaży. Opowiadam o ich losach, życiorysach na spotkaniach autorskich. Jak sądzę chociaż w pewnym stopniu swój cel osiągnąłem. To co robię jest nie tylko formą uznania i upublicznienia życiorysów, tych indywidualnych zawiłości losu, lecz większym efektem jest pobudzenie czytelników, słuchaczy do wspomnień.
Okazuje się że coraz częściej spotykam się z naszymi współmieszkańcami, którzy pragną podzielić się wspomnieniami, swoim losem. Proszę mi wierzyć, że bardzo często nie ma to formy skargi na osobisty los, swoje niezasłużone doznania. Po prostu każdy z tych anonimowych bohaterów pragnie pozostawić po sobie ślad, który będzie uwidoczniony nawet nie dla szerszego gremium, ale nawet jak to pięknie powiedział jeden z moich rozmówców: aby wnuki wiedziały, że dziadek nie tylko pracował, wydał na świat ich rodziców, lecz również zrobił coś fajnego na rzecz innych.
A czynił to bez wielkiego blichtru, a zwłaszcza nie licząc na tak obecnie faworyzowaną kasą. Ważne jest również to, że ludzi ci żyli w tamtych czasach w różnych konfiguracjach narodowościowych. Prawdą jest, że bieda scalała, konsolidowała, jednak to od ludzi zależało w jaki sposób układała się ta ich koegzystencja.
Ojciec mój pracował w tamtych czasach w rzeźni w Giżycku. Tam był niecodzienny tygiel. Byli ludzie z centralnej polski: Robert Patelka pochodził z Wielopolski (poznańskiego). Jerzy Rajcow pochodził ze Sterławek Wielkich pod Giżyckiem (niem. Groß Stürlack). Nie wybył do Niemiec (a mógł). Jego rodzina mieszka w Polsce do dziś. Bolesław Sańczuk kierownik ubojni na rzeźni pochodził spod Grodna. A mój ojciec pochodził z kresów. Jednak nie słyszałem o jakichkolwiek konfliktach o podłożu narodowościowym, a zwłaszcza wojennej przeszłości. Takim kluczowym momentem w tych moich rozmowach jest podpieranie się dokumentami, zdjęciami z ich bytności w tamtych latach. Zniszczony dowód osobisty (przedwojenny) to nie tylko dokument o polskiej przynależności lecz również dowód na to, jak życie komplikowało ich wędrówkę w okresie od I Wojny światowej do dziś. Takie dowody tożsamości, pismo poświadczające polską przynależność narodową dziś stają się wprost relikwią. Zważyć przy tym należy, ze dokumenty te wędrowały z ich posiadaczem niekiedy przez cały świat. Tyle tylko wynieśli oni z tej wojennej i powojennej zawieruchy.

Dziś pozwolę sobie przedstawić życiorys – przeżycia

Józefa Frydrycha s. Wincentego i Jadwigi z domu Sokołowska.

Urodzony 7 maja 1910 roku we wsi Krasne pow. Suwałki. Beztroskie życie przy rodzicach przerwane zostało powołaniem do wojska.
Tak na prawdę zgłosił się na ochotnika. Miał za mało lat, brakowało mu ½ roku, ale jakoś się udało. Dla tego chłopca ze wsi była to wielka szansa awansu społecznego. Była możliwość przyuczania się do zawodu, aby po odbyciu służby wojskowej rozpocząć normalne życie. Jednak wredny los zadecydował inaczej. W 1937 roku trafia do czynnej służby w II Pułku Ulanów Suwalskich zwanych Suwalską Brygadę Kawalerii. Konkretnie trafia do 4 dywizjonu artylerii konnej z Suwałk. Pod koniec lat 30-tych przylgnęła do suwalskich ułanów nazwa: ułanów grochowieckich.
Suwalski pułk był, jak to się wtedy mówiło elitarnym. Szczególnym uznaniem i szacunkiem darzono Honorowego Szefa pułku, generała Józefa Dwernickiego. Grób wybitnego generała znajdował się pod stałą opieką pułku. Do niego też udawali się młodzi oficerowie ażeby złożyć przysięgę generałowi. Marszem pułkowym od roku 1922 był „Marsz Dwernickiego”.
Wybucha wojna. W planach taktyczno-bojowych w kontekście zbliżającej się wojny Suwalska Brygada Kawalerii miała wejść w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”, stąd z chwilą wybuchu wojny w sztabie Brygady przygotowywano plany dużej akcji ofensywnej. Oczywiście wszystko skierowane na kierunku zachodnim – niemieckim. Jednak po 4 września 1939 brygada została skierowana na pomoc zagrożonej „Armii Modlin”. Do pierwszych poważnych starć bojowych dochodzi 10 września. 2 pułk ułanów osłaniający odcinek Narwi, po Wiznę starł się z oddziałami niemieckiego XIX Korpusu Pancernego. W tych działaniach brał udział Józef Frydrych jako ułan i był to jego pierwszy i ostatni kontakt z wrogiem na ziemi polskiej.
Działania podjęte przez dowódcę ułanów grochowskich podpułkownika Karola Andersa zdezorganizowały działania niemieckie, znacznie osłabiając ich impet natarcia. Jednakże ze względu na fakt, iż 18 Dywizja Piechoty, jedyna większa formacja taktyczna na tym obszarze, rozpoczęła odwrót, pułk zmuszony był wycofać się. Ciężkie warunki w jakich znaleźli się ułani sprawiły, że doszło do rozproszenia oddziału.
To właśnie wtedy już kapral Józef przemieszcza się z grupą żołnierzy ze swojego oddziału w kierunku południowo-wschodnim Polski. Ostatecznie udało się im przedostać do Rumuni, a następnie do Francji. Działo się to w czasie kiedy Sowieci już 17 września napadli na nasze kresy. Warto dodać, że ułani „jego” pułku brali jeszcze udział (po ponownej koncentracji) w obronie Grodna, po czym wycofali się ostatecznie na Litwę. Zaś Rotmistrz Sołtykiewicz wraz z grupa oficerów i podoficerów oddał się pod komendę majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”.


Etap Francuzki.

Najbardziej odpowiednim mottem w czasie walk we Francji jest zwrotka wiersza Kazimierza Kumanieckiego pt. „Aniela”:

„ ...Za naszą Wolność i Waszą
Bracia, chwytajmy za miecz
Śmierć ani trud nas nie straszą
Zwycięski Orle nasz leć ...” .

Kapral Józef wraz ze swoimi ułanami wstępuje do formowanej przez gen. W. Sikorskiego armii Polskiej. Na podstawie rozkazu Naczelnego Wodza z 9 lutego 1940 przystąpiono do tworzenia Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich (SBSPodh). Organizatorem i dowódcą był płk Zygmunt Bohusz-Szyszko. Już sierżant Józef jest kolejny raz w polskim mundurze. Nie ważne, że odrobinę inny krój, lecz symbolika, napisy na naramiennikach POLAND, stopnie wojskowe robią z tułacza na obczyźnie ponownie polskiego żołnierza, który kierując się młodzieńczym zapałem i patriotyzmem pragnie służyć dla Kraju.
Dla Kraju, który praktycznie jest zajęty przez Niemcy i Rosję. Brygada, będąc częścią Ochotniczego Korpusu Interwencyjnego, z założenia miała wziąć udział w walkach na froncie fińskim. Jednak w wyniku zagrywek politycznych i bezsensownych decyzji władz francuskich i angielskich zostaje wysłana do Narwiku. Sierż. Józef z brygadą walczy na pierwszej linii frontu. Udaje mu się przeżyć, nawet nie był ranny.
Trzy tygodnie potrzebowali Podhalańczycy na rozpoznanie niemieckiej linii obrony i przygotowania się do uderzenia na Narwik. W nocy z 27 na 28 maja. Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich (SBSPodh.) podjęła atak na pozycje niemieckie na półwyspie Ankenes, oddzielonym od Narwiku wodami Beisfiordu. Przeciwnik nie był tuzinkowy. Niemcy mieli w swoich szeregach kompanię strzelców górskich, oddział marynarzy oraz grupę żołnierzy z pułku spadochronowego.
O północy, po 20-minutowym przygotowaniu artyleryjskim, 2. batalion. ppłk. Władysława Deca i 4. bat. mjr. Arnolda Jaskowskiego uderzyły na Ankenes i Nyborg. Atak nie udany z powodu awarii radiostacji, a w konsekwencji braku pomocy ze strony okrętów Royal Navy. Po dwukrotnym zdobyciu wzgórza 275 Polacy zdobywają kolejne wzgórza. Niemcy w odwrocie.
Ostatecznie rozpoczynają ewakuację i tylko nieliczni dostali się do niewoli wojsk sprzymierzonych. To właśnie w dniu 28 maja 1940 wojska sprzymierzone odniosły pierwsze zwycięstwo w II wojnie światowej. Znaczny udział w tym zwycięstwie mieli polscy żołnierze, co podkreślali sami alianci. Brytyjski Generał Bethouart telefonicznie pogratulował dowódcy Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich sukcesów bojowych i wyraził uznanie dla bitności polskiego żołnierza. Warto w tym momencie podkreślić, że to właśnie tam sierż. Józef Frydrych walczył na pierwszej linii frontu. Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo, bowiem… podjęto ostateczną decyzję o ewakuacji wojsk sprzymierzonych i jako ostatni oddział (w tym sierż. Józef) w dniu 8 czerwca 1940 roku z dowódcą brygady podhalańskiej odpłynął do Francji.
W trakcie walk o Narwik SBSPodh. straciła 97 żołnierzy, 28 zaginęło a 189 zostało rannych. Sierż. Józef przeżył. Wraca do Francji z nadzieją na dalszą walkę.
Walki żołnierza polskiego pod Narwikiem zostały upamiętnione na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie napisem na jednej z tablic, po 1945 r. "NARWIK 28 - 31 V 1940", a po 1990 "NARVIK 12 V - 6 VI 1940".
Taki odrobine symboliczny przeskok dziejowy: W 1957 załoga harcerskiego jachtu „Mariusz Zaruski” " przywiozła do kraju urnę z pól bitewnych o Narwik. Urnę, którą przekazano żołnierzom Brygady Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – Podhale. Brygada przejęła tradycję Podhalańczyków. Urna spoczywa na cmentarzu w Nowym Sączu. I tak jak gen. Mariusz Zaruski urodzony na ukraińskich krasach zawędrował w polskie góry, stając się ich wielkim sympatykiem gór (m.in. był założycielem GOPR-U), tak sierż. Józef pochodzący z Suwalszczyzny nie bez jego woli, trafił do SBSPodh. I zostaje tym samym nie kwestionowanym góralem- żołnierzem.
Francuzi jednak poddają się. Sierż. Józef nie ma możliwości dotarcia do Anglii, tam ponoć jest kolejny raz tworzona polska Armia. Jego jednostka zostaje rozformowana. Zdesperowany w połowie 1940 roku zostaje członkiem Francuskiego Ruchu Oporu.
W sumie okres ten można zaliczy jako jemu udany, bowiem pomimo udziału brawurowych akcjach kolejny raz przeżył. Okres jego partyzanckiej walki jest mało wykazany. Przypuszczać można, ze należał do komunistycznej frakcji, bowiem po powrocie do Polski znalazł pracę przy ochronie ważnych osobistości wywodzących się z nurtu komunistycznego będących u władz w Kraju. .
To jego doświadczenie i nieodparta chęć dalszej walki z okupantem powoduje, że w momencie wkroczenia aliantów na kontynent i tworzenia w 1944 roku Polskiego Wojska przy francuskiej armii wstępuje w jego szeregi. Kolejny raz walczy na pierwszej linii frontu. Jego bojowy udział w wojnie Polsko-Niemieckiej kończy się z dniem 9-tego maja 1945r.
Wiadomym jest, ze zgodnie z zasadą „murzyn zrobił swoje.„ alianci mieli problemy z Polskimi żołnierzami. W ostateczności skadrowane polskie oddziały skierowane zostały do Niemiec, do francuskiej strefy okupacyjnej. W sumie pełniono jedynie służby wartownicze i zastanawiano się o sensie powrotu do Kraju. Polska została decyzją „Jałty” i „Poczdamu” uformowana w całkiem innym kształcie niż tego spodziewano się, zwłaszcza oczekiwań wśród ludzi wywodzących się z kresów. Co ich czekało tam w nowej nieznanej Polsce ?. Informacje o Katyniu, zsyłkach na Sybir, rugowanie polskości na kresach nie napawało to optymizmem. O jego decyzji przeważyły zdecydowane stanowiska przełożonych. To oni zagwarantowali jako takie bezpieczeństwo, które miało im być dane po powrocie do Kraju.
W dniu 4 listopada, za zgodą gen. Charles’a de Gaulle’a z okupowanych Niemiec, dwoma transportami kolejowymi wyruszyły do Polski oba zgrupowania. Dnia 18 listopada 1945r. ze sztandarem, w szyku zwartym 1396 żołnierzy zgrupowań w pełnym uzbrojeniu odbyło swoją ostatnią defiladę w Warszawie. Kolejny etap to rozformowanie oddziałów i skierowanie żołnierzy do innych prac, służby.
W listopadzie 1945 roku sierż. Józef F. powraca w ramach 19-tego zgrupowania ZPP (Zgrupowanie Piechoty Polskiej) do Polski. W tym czasie jego dowódcami, jak pamięta. byli major Jeleń, major Maślankiewicz i inni. Jego doświadczenie i szacunek jaki miał wśród swoich kolegów, a zwłaszcza doświadczenie bojowe zadecydowały, że trafia do elitarnej jak to wtedy mówiono służby w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie przy ul. Koszykowej 10.
Zostaje dowódcą 4-tego plutonu w Kompanii Ochrony Rządu. Jednak te niby to zaufanie do frontowego żołnierza, ale ostatecznie walczącego na zachodnich frontach było tylko sobie a muzom. Zaczęły się szykany. Rozpoczęły się kontrole plutonu i obarczanie jego dowódcy za nie konieczne słuszne niedociągnięcia. Z tego też powodu zostaje skreślony z listy kandydatów na stopień oficerski – bez podania przyczyny.
Teraz po latach sam sobie udzielał odpowiedzi. Były to odgórne zalecenie aby ludzi namaszczonych walkami na zachodzie dyskryminować, utrudniać im awanse. Doprowadzić do tego aby wykorzystać ich fachowość, doświadczenie do wyszkolenia stosownej kadry, następców, a potem człowiek stawał się zbędny. Lecz nie odbywało się to w sposób cywilizowany. Lepiej było doprowadzić do zwolnienia się na własną prośbę, niż wyrzucenia dyscyplinarnego. Nie trzeba było płacić odpraw, a i aspekt polityczny był też ważny. Ponadto taki człowiek z „wilczym biletem” stawał się oznaczony. Te jego sztucznie stworzona opinia wlokła się za nim przez długie lata (nawet niekiedy dłużej niż poza okres tzw. stalinowskiego terroru).
Już nie sierżant, a cywil, Józef tak na prawdę nie miał pretensji do dowódcy kompanii por. Zgorzelaka. On wykonywał polecenia odgórnych władz – przełożonych. Gdy dowiedział się później to por. Zgorzelak pomimo sumiennego wykonywania otrzymywanych „nakazów” też został wydalony ze służby w 1956 roku, na warunkach odpowiedzialności zbiorowej.
Mimo tych przykrości nadal ciągnęło go za mundurem, za tym drylem wojskowych, kontakt z bronią, a zwłaszcza służba Krajowi. W 1947 roku zgłasza się do KWMO w Olsztynie. Ma propozycję pracy w posterunku MO Kobułty pod Szczytnem. Z racji wojskowego przeszkolenia i doświadczenia przechodzi szybkie podstawowe przeszkolenie i rozpoczyna służbę w szeregach MO. Warto dodać, że tereny ziem odzyskanych, jak to wtedy nazywano region warmińsko-mazurski poza oddziałami podziemia borykał się z problemami szabrownictwa, pozostałościami poniemieckimi, Ukraińców z OUN i UPA nie zawsze legalnie przybywających tu w ślad za przesiedleńcami w ramach akcji „Wisła”. O ile chodzi o społeczność poniemiecką, ukraińską to bywały sporadyczne przypadki naruszania z ich strony prawa. (Napady rabunkowe, rozboje itp.). To raczej oni byli zbyt aktywnie traktowani, a nawet represjonowani przez funkcjonariuszy UBP wspieranych niekiedy przez KBW i NKWD. Ale to inna opowieść.
W połowie stycznia 1948 posiadający ponownie stopień sierżanta już Milicjant Józef trafia do Giżycka na stanowisko dowódcy plutonu operacyjnego, którego było interweniowanie w przypadku napadów rabunkowych, bandyckich poczynań wszelkiej maści rabusi, a nawet przeciwko zbrojnemu podziemiu. (W 1948 roku zginęli w trakcie wykonywania obowiązków służbowych Szef PUBP Wiśniewski Edward jego zastępca Szelągowski Zygmunt* ).
W momencie jako takiej normalizacji życia publicznego st. sierż. Józef zostaje zdjęty ze stanowiska d-cy plutony, który ostatecznie został zlikwidowany i trafia do Olsztyna przy KWMO na stanowisku dowódcy Kompani. W tym czasie w Giżycku ma już rodzinę. Nie odpowiada mu życie „nie walizkach”. Mając dobrą opinię u przełożonych dostaje skierowanie do Giżycka do Biura Dowodów Osobistych (wtedy nie tylko paszporty, lecz kwestie meldunków i dowodów osobistych były w gestii MO – pod nadzorem UB (SB). Na tym stanowisku przepracował do 1960 roku. Zawdzięczał to głownie nabytymi jeszcze w okresie szkoły podstawowej umiejętnościami pisania kaligraficznego. Kiedyś, przed wojną był to jeden z wiodących przedmiotów nauczania – kaligrafia. Ze względu na stan zdrowia przechodzi na emeryturę w 1962 roku pracując w Komendzie Powiatowej MO w Giżycku jako Pomocnik Oficera Dyżurnego. Mieszkał aż do śmierci w Antonowie pod Giżyckiem.
W swoim pamiętniku o Antonowie Pan Michał Mroczkowski tak oto wspomina Józefa jako sąsiada: „człowiek spokojny sąsiedzki, zawsze było z nim się dogadać. To był prawdziwy sąsiad”. I taki oto życiorys wydawać by się mogło jak wiele innych podobnych, dotyczy człowieka jak to się mówiło który żył po ludzku. Ludzie ci, zwłaszcza którzy doznali cierpień nie tylko spowodowanych wojną będąc „ku wieczoru życia” inaczej wspominają tamte czasy. To dzięki życzliwości innych. Dzięki w wielu przypadkach bezinteresownej pomocy udało im się przeżyć. Kończąc spotkanie z sierż. Józefem warto zadać sobie pytanie: czy jest potrzeba przedstawiania takich osób, ich niekiedy zawiłych życiorysów.
Moim zdaniem nie tylko warto, lecz powinniśmy. Jak sądzę jest to wyraz wdzięczności ludziom nie tylko tym z pierwszych stron gazet, lecz tym którzy swoja mrówczą niekiedy mało zauważalną postawą, pracą i poświeceniem tworzyli całość naszej lokalnej społeczności. I co ważne oni bardzo często pozostawali w sferze anonimowości. Każdy z nas rozglądając się w sowim nawet najbliższym otoczeniu niejednokrotnie zetknął się właśnie z takim Panem Józefem. Aby nie być gołosłownym w swoim stwierdzeniu posłużę się przykładami dwóch innych milicjantów: sierż. sztab. Alojzego Polednioka i st. sierż. Jerzego Gruszewskiego. Obaj walczyli we Francji w ramach 19 ZPP. Po przybyciu do Polski -Warszawy obaj trafili do Giżycka. To na tereny ziem odzyskanych kierowano przesiedleńców m.in. z Francji (do 1948 roku) . To właśnie w Giżycku pracowali do emerytury w szeregach Milicji Obywatelskiej. J. Gruszewski w 2005 roku otrzymał nawet awans na stopień por. „nie będącego w służbie” za udział w walkach we Francji. Sierż. Poledniok przez długie lata nazywany był nie inaczej jak „Francuzem”.
Przeglądając szuflady swoich rodziców, dziadków natrafić można na pożółkle fotografie, dokumenty, drobne przedmioty dowody jestestwa naszych poprzedników w jakże trudnych czasach. Warto te dowody zachować i upubliczniać, aby na bazie tych doświadczeń z tamtych lat te wredne dla ludzkości czasy nigdy w przyszłości nie powtórzyły się.

Bohdan Makowski s. Władysława